• Lauenburg in Pommern  -  Lębork  wczoraj i dziś
    Lauenburg in Pommern - Lębork wczoraj i dziś
  • Lauenburg in Pommern  -  Lębork  wczoraj i dziś
    Lauenburg in Pommern - Lębork wczoraj i dziś
  • Lauenburg in Pommern  -  Lębork  wczoraj i dziś
    Lauenburg in Pommern - Lębork wczoraj i dziś
  • Lauenburg in Pommern  -  Lębork  wczoraj i dziś
    Lauenburg in Pommern - Lębork wczoraj i dziś
  • Lauenburg in Pommern  -  Lębork  wczoraj i dziś
    Lauenburg in Pommern - Lębork wczoraj i dziś
  • Lauenburg in Pommern  -  Lębork  wczoraj i dziś
    Lauenburg in Pommern - Lębork wczoraj i dziś
  • Lauenburg in Pommern  -  Lębork  wczoraj i dziś
    Lauenburg in Pommern - Lębork wczoraj i dziś

Z podróży na Pomorzu. 1900r

 

Artykuł z "Wędrowca" nr 7 z lutego 1901 

Lębork  w lipcu 1900.

Za Gdańskiem wyjeżdżam na olbrzymie cmentarzysko albo, jak mówią wymiera­jący Pomorzanie „cerkwiszcze”, lechicko pol­skie, ciągnące się wzdłuż morza Bałtyckiego szerokim pasem daleko, daleko, aż po za rze­kę Łabę. Straszne uroczysko grobów, zmur­szałych już dawno, szumiących gdzie nie gdzie gęstemi borami, któremi porosły. „Cerkwiszcze" wciąż się rozszerza, ćma nowych gro­bów przybywa. Dziejowa tragedya, rozpoczę­ta przed lat tysiącem przeszło, wciąż się jeszcze rozgrywa z żywiołową siłą niszczenia i zagłady ludów. Groza strasznego widoku zapiera dech w piersi, rozpacz targa krwawo serce. Parowóz mknie chyżo przestronną ró­wniną, na której lesiste wzgórza koło Wejherowa tworzą wśród jednostajności malowni­czą oazę, rozstępują się następnie w szero- kiem półkolu po obu stronach szlaku kole­jowego, ciągną się w dali pasmami na prawo i lewo, i giną w zmierzchu na kończynach krajobrazu, jaśniejącego blado w świetle księ­życa. Okolica bezludna. Cisza grobowa. Sły­chać tylko zalatujący od „Lesej gory"  dziwny jakiś szmer. „W tym se — jeńcie! cało gora łamnie na połowę, a z ni na zamuścim czubku coś wetyko głową. Ta dechciunko lbela czorno, jak kamienno smoła, z ony ocze dwa ogniste wżerało do koła... Muszę warna mest powiedzec, żebysta wiedzele, że to smętek bet wie­rutny w swoim żywym cele. Tam pod lasem, pod zielonym, na łące bagnistej migają błę­dne światełka. To duszyczki naszych praoj­ców, zabitych ręką niemiecką, które jeszcze do nieba wnijść nie mogą, chociaż w życiu doczesnem przechodzili przez piekło niemie­ckie. Może to dusze pogańskich Pomorzan- Lutyków. Z góry pod Lęborkiem, która ma szeroki otwór, wstajo biała jak dym mgła. Z czeluści jej głębi zalatują jakieś przytłu­mione głosy, dźwięki pieśni rodzimych. Na dnie otchłani górskiej prześliczny, rajski ogród; w niem stoi drzewo ubrane w miluchne białe kwiecie, w okrąg cudownie woniejące. Ogro­dem wije się wśród łąk kwiecistych, rozście­lonych niby kobierce, drożyna złocistym usy­pana. piaskiem. Wiedzie ona do zamku kró­lewskiego, z którego zalatują odgłosy śpiewu i dźwięki harfy. Stary król siedzi w zamku na wysokiem srebrnem krześle tronowem. Odbywa wiece, sądząc, sprawiedliwie podług dawnego zwyczaju. Skrył się przed wrogami z wojskiem swojem w głąb rodzinnej ziemi. Wyjdzie on ztąd kiedyś i będzie odbywał są­dy doraźne nad wrogiem. W innej górze poku­tuje zaklęta księżniczka. Przybiera ona różne postacie, gdy się ukazuje ludziom. Raz w bieli, to znowu czarno w stroju strzeleckim z strzel­bą przez ramię. Za nią mknie smyczą psów. Jest to córka pomorskiego księcia Świętopełka, .Małgorzata, która była żoną króla duńskiego, Gdy Świętopełk prowadził krwawe boje z ku­jawskim, mazowieckim księciem, z Prusakami i Krzyżakami, ona z stryjem Rutiborem, bra­tem Świętopełkowym, wciąż polowała po knie­jach i polach. Nie troszczyła się o poddanych,  owszem ludowi robi­ła szkodę. Teraz po­kutuje, nie mając po śmierci spokoju. Lu­dzie widzą ją najczę­ściej w białych suk­niach na czarnym ru­maku, w towarzystwie zgrai strzelców i mnó­stwa psów szczekają­cych. Goni ona z dru­żyną wciąż za zwie­rzem przez moczary i smogorzewiska całą noc bez odpoczynku...

Późnym wieczorem stanąłem w Lęborku. Miasto zniemczone prawie do szczętu, po­dobnie jak okolica. Pod koniec w. XVI odbierał tu książę Jan Fryderyk od zgroma­dzonych stanów hołd po polsku. Polszczyzna była wówczas tej ziemi potocznym językiem. Obecnie tylko jeszcze tleje ona dołem między cząstką ludu pracującego. W powszednio dni prawie jej w mieście nie słychać. Tylko w nie­dziele i święta, gdy lud wolny od pracy sku­pia się po kościołach, a jeszcze więcej w dni targowo, gdy napłynie lud wiejski do miasta, z bliższej i dalszej okolicy, przerywa kaszubczyzna tu i owdzie jednostajność niemiecką. Najwięcej odżywia Lębork kaszubszczyzną pograniczny zachodnio-pruski powiat wejhe­rowski. Rad byłem bardzo, iż trafiłem wła­śnie na dzień targowy. Gdym nazajutrz z rana wyszedł na miasto, roiło się ono na rynku i na wszystkich główniejszych ulicach ludem wiejskim.

Mozajka typów. Pierwotnych osadników nie­mieckich: Sasów i Fryzów poznać można na pierwszy rzut oka. Wygolone, pod ługowate twarze z ryżym zarostem, głowy, z wklęsłemi oczyma, postaci dość niepoczesnej odbijają od rodzimego jędrnego i silnego szczepu, o wiele piękniejszego, giętszego, weselszego i butniejszego. Ci koloniści dolno-niemieccy mają w sobie coś z małpy odraźliwego. Cóż za życie na targowicy za miastem przy drodze na dworzec kolejowy, gdzie się odbywa targ na bydło. Ogromny plac pełniusieńki. Mężczyźni, kobiety, dzieci na wozach i przy wozach. Konie, woły, owce, nierogacizną. Hałas, rwetes nadzwyczajny. Lu­dzie pomieszani z zwierzętami domowemi. Jedni kupują, drudzy sprzedają. Naprzeciw w hotelu „Deutsches Haus" rznie muzyka ocho­czo. Od południa pląsa młodzież siarczyście, do upadłego. Odpływ i przypływ tańczących obojga płci ustawiczny. Kufle z piwom ciągle w ruchu, gorzałka nie stoi także schowana pod korcem. W tańcu energia zawadyacka, gwar w gospodzie nadzwyczajny, można po­wiedzieć z poetą, że „ledwo karczmy nie roz­walą". Widać z min, że hulającym byłoby niebezpiecznie wchodzić w drogę. W hotelu wszystko po niemiecku. Na drodze do miasta spotkałem kilka grup ludowych, rozmawiają­cych narzeczem kaszubskiem. Byli to ludzie ubożsi, cichsi, nie posiadający w sobie zawa- dyackiej buty, znamionującej „Pomererów", jak lud kaszubski zowie swoich niemieckich ziomków. Polskich nazwisk, jak wszędzie po miastach pruskich, sporo na szyldach sklepo­wych. Oto: Tomiński, Kowalski, Troike, Rogahlski, Katsch, Mrugalla, Kellbasza i t. d.  Objawy wskrzeszonego życia polskiego w Lę­borku po bardzo, bardzo długim letargu są młode i wątłe. Datują się ono bowiem od lat dwóch dopiero, mianowicie od ostatnich wyborów do parlamentu niemieckiego w r. 1898, gdy po raz pierwszy w ogóle wystąpił polski kandydat na Pomorzu, w osobie p. Kulerskiego, redaktora „Gazety grudziądzkiej Zyskał on w okręgu lęborskim 1,200 głosów, co wobec zupełnie zaniedbałego i uśmiercone­go Pomorza było stosunkowo wynikiem zdu­miewającym. W mieście Lęborku padło na niego 102, a we wsi Wierzchucinie 123 gło­sów. Pokazało się wskutek agitacyi wybor­czej — o tę tylko chodziło, gdyż o wyborze polskiego posła nie można było nawet i my­śleć, że istnieją jeszcze tu takie skupienia lu­dności polskiej, by w nich mogło zakiełko­wać życie polskie, przy troskiwem i ofiarnem pielęgnowaniu rozwijać się, obejmując coraz większy teren, albo raczej zajmując ca­ły teren, który jeszcze nie uległ zagładzie niemieckiej. Od tego czasu istnieje w Lębor­ku „Polsko-katolickie Towarzystwo św. Bru­nona", którego prezesem jest ubogi krawiec, p. Michał Koszałka, a jednym z najchętniej- szych i najczynniejszych działaczów rozwoziciel piwa, woźnica parobek, p. Antoni Miotk (po niemiecku Miotke). Towarzystwo stoi ofiar­nością najuboższych robotników i wyrobni­ków, 

 

bo każdy osobnik, który zajmuje choć trochę lepsze lub wyższo stanowisko, albo uważa się za takiego, chociażby w nim pol­szczyzna, względnie kaszubszczyzna, nie za­marła jeszcze całkowicie, albo nawet i dość silnie tkwiła jeszcze w jego istocie, stroni od towarzystwa, którego polszczyzna uważana jest za coś poniżającego, za tak coś pospoli­cie gminnego, że trzeba by się wstydzić na każdym kroku przynależności do niej. Na tem nie koniec. Ludność niemiecka tchnie nienawiścią ku niej, okazuje jej pogardą a wszystko, co jakąkolwiek przedstawia władzę, prześladuje ją i upośledza. Na tle takich sto­sunków tem wypukłej a wznioślej występują dobre chęci i poczucie obowiązku garstki ubogich ludzi, obarczonych największemi troska­mi i najcięższą pracą, którzy utrzymują rodzime towarzystwo w poczuciu narodowem ,własnej wątłej sile. Dużo zabrało mi czasu, zanim zdołałem wyszukać prezesa Stowarzyszenia w jego więcej niż skromnem mieszka­niu, na podwórzu dość nieczystem i zawalonem rozmaitemi gratami, w tylnej części oficyny na przyziemiu. Pokój wązki i mała kuchenka - oto gniazdo dla całej rodziny i zarazem pracownia krawiecka. P. Koszałka po­witał mnie nadzwyczaj serdecznie. Widziałem, że, się szczerze cieszył z odwiedzin „obcego rodaka",  do tego jeszcze „z tak dalekich stron."
- Więc panowie przecie wiedzą o nas - zagadnął mnie - że żyjemy, że pracujemy o ile starczy naszych sił słabych. Raduję się niezmiernie z tego i czerpię otuchę, że da Bóg przecież nam lepiej pójdzie. Zaczęli­śmy w kilku! Z początku naśmiewano się z nas, wyszydzano nas, zwano waryatami, ale my staliśmy wciąż twardo przy swojem i robiliśmy postępy. Po wyborach otoczono nas ze wszech stron złością i nienawiścią, prześladowano nas, jak pierwszych chrześci­jan, którzy kryli się w podziemiach. My wprawdzie nie kryjemy się w podziemiach, ale — dodał — jak pan widzi u mnie, po wil­gotnych piwnicach. U mnie jeszcze pół bie­dy z mieszkaniem, ale inni istotnie mieszka­ją w nędznych podziemiach z licznemi rodzi­nami. Nasi członkowie sami maluczcy ludzie w doczesnem życiu - biedni robotnicy bez ju­tra, w ciągłej zostający poniewierce, w cią­głej trosce o chleb powszedni dla dzieci.

Wręczył mi ustawy stowarzyszenia, odbite w Grudziądzu.

G. Smólski